piątek, 11 kwietnia 2014

Wszystkie dzieci nasze są

Lubię ludzi. Niektórzy uważają mnie nawet za hiper socjalną, ale to nieprawda. Lubię ludzi, tak jak lubi się sól, czy chilli - dawkowanych. I najlepiej, żebym mogła mieć wpływ na częstotliwość i wielkość dawek.
I mimo, że znajomi pukali się w głowę, gdy pakowałam swoje warszawskie życie do kartonów i jechałam na dzikie, bezludne południe, wcale na co dzień nie brakuje mi ludzi.
Brakuje mi wychodzenia z domu do ludzi, ale to inna sprawa.

Nigdy nie zaczepiam ludzi na ulicy ot tak, żeby pogadać, albo ponarzekać. Sąsiadów znam i zawsze znałam tylko z widzenia i dzień dobry.
Aaaale. 
Jak ma się dziecko, to nagle masa ludzi, która nigdy normalnie by się do mnie nie odezwała, zaczyna odczuwać nieposkromioną chęć wchodzenia ze mną w interakcję.
Trochę się tego spodziewałam nauczona doświadczeniem z psich spacerów. Psiarz do psiarza zagada, jasne. Tworzą się nawet psie obozy - pudle vs. blabladory. Zbierający gówna vs. udający, że nie widzą. Itd. 
Ale psie rozmowy, o ile po jakimś czasie znajomości nie przerodzą się w zwyczajną ludzką znajomość, dotyczą wyłącznie psów i są prowadzone wyłącznie przez psiarzy.

Do zagadania, gdy masz ze sobą dziecko, garną się niestety nie tylko dzieciaci. Każdy ma jakieś zdanie dotyczące tego, czy MOJE dziecko powinno jeść pomidora w restauracji, mieć kurtkę zapiętą lub nie, ciumkać skórkę od chleba, czy bawić się na trawie w marcu w tym wieku!
Wszystko to da się zbyć uśmiechem, żartem, milczeniem, albo przejściem na angielski. Większość ludzi odpuszcza sobie pouczanie cudzoziemców, bo wiadomo że to głupki. Tylko my w PL hodujemy dzieci poprawnie, jasna sprawa.
Są jednak takie sytuacje, kiedy angielski, czy ignorowanie zaczepek nie działają, a nie ma dokąd uciec. 
Kolejki.
Poczekalnie.
Samolot...

I wtedy się zaczyna:
- Popatrz Józuś, to małe całkiem jak nasz Antek, co?
- Nooo...
- Ależ ma śliczne pucki! I oczy takie okrągłe, na pół twarzy! I jak to patrzy, takie to mądre od małego! A gu gu! A ti ti! Byziu byziu byziu mały urwisie! 
Tutaj zaczyna się dotykanie dziecka po twarzy, całowanie rączek i gilgotanie w stopy. Mnie ciśnienie skacze i mam ochotę zneutralizować kobitę laserem. No ale przecież nie mogę, gdyż jest miła, tak? Może nawet ciut za miła i ciut za bardzo się spoufala z moim dzieckiem. 
Może widzę jej twarz całą w okropnym pudrze nakładanym szpachelką. Po ciemku. W pudrze, który właśnie wciera w twarz mojego dziecka szepcąc mu jakieś gugupierdy do ucha.
Może jej ręce pokryte kurzajkami i brudem to nie jest to, co chciałabym by miało kontakt z twarzą mojego dziecka.
Może Józuś cuchnący petami i wódką nie powinien targać mu włosów, nawet jeśli bardzo tęskni za swoim wnukiem?

Tylko jak grzecznie powiedzieć 'spierdalaj kobieto/dziadzie, to nie jest zabawka'?

A naprawdę często mam na to ochotę...

To jest naprawdę okropne. Nie dotykamy się wzajemnie z obcymi, prawda? Ale dziecko to już każdy chce pomacać. I nikt, NIKT NIGDY, nie zapytał mnie, czy może.

Odbiło mi, zdziczałam bez ludzi i stałam się zaborczą kwoką, która chce zadziobać potencjalnych wrogów, czy może też uważacie, że dziecko to mały człowiek i nawet tiutiająca, ale obca babcia nie ma prawa go ot tak dotykać?

środa, 2 kwietnia 2014

Wsi spokojna, wsi wesoła

Czy ja już wspominałam, jaką bujdą jest określenie 'sielskie, wiejskie życie'?

Kupiliśmy dom. Nie taki stary, jakoś 7 letni chyba. Wyremontowaliśmy wszystko, co się dało, ale niektórych rzeczy się nie dało, albo uznaliśmy, że nie będziemy ich zmieniać, bo sumarycznie taniej i szybciej byłoby postawić nowy dom. A na to, przez zbliżający się poród decybela nie mieliśmy czasu i ochoty.
No więc zostały okna (aha, zimą zachowują się jakby ich nie było i ogrzewamy ogród, latem tworzą za to gustowną szklarenkę), dach (nie moge się doczekać obfitych opadów śniegu), ściany, itd. No i instalacje, a przynajmniej ich większość.

Pisałam już o ogrzewaniu. Fachowców było wielu. Każdy następny narzekał na poprzedniego. Części wymieniliśmy masę, rozwiązanie techniczne zostało unowocześnione o kilka tysięcy złotych, a całościowo przez pół roku mieszkania wydaliśmy już ponad 20 tysięcy wyłącznie na ten cel. 
Działa oczywiście jak chce i nikt nie ogarnia dlaczego.
A kto użera się z fachowcami? No ja. Gdyż język (chociaż ja ledwo rozumiem, gdy 'godajo' do mnie) oraz gdyż tutaj fachowcy pracują do 15-tej, a Holender do hmm zawszej. 
Hahahaśmiechprzezłzy.

Wczoraj mieliśmy kolejny odcinek z serii 'życie na wsi boli'. Otóż pod piecem utworzyła się gigantyczna kałuża. Kapało. A jakby nie powinno. Zawezwałam fachowca.
Musiałam brzmieć poważnie, albo maniakalnie, bo już po 30 minutach był na miejscu. Zbrodni. Przyszłej. Albowiem słowo daję jeszcze kilka takich przygód i któryś z tych partaczy zginie z mojej ręki.
Przyjechał, załamał ręce, ponarzekał na poprzednich fachowców (chociaż to on był ostatnim, który przy piecu grzebał) i poprzednich właścicieli i orzekł, że cośtam w boilerze się zepsuło, ciśnienie jest za wysokie i najprawdopodobniej miesza nam się woda pitna z wodą z instalacji grzewczej, czyli z tą która powinna grzecznie płynąć w rurkach w podłodze i w kaloryferach.
Bosko.
I wtedy sobie uzmysłowiłam, że ta pieprzona woda miesza się tak od kilku dni. Gdyż od kilku dni jest żółtawa i od kilku dni dawała pretekst Holendrowi do psioczenia na Polskę. Że on podatki i rachunki w PL płaci i co?!? I nawet czystej wody w kranie nie ma! I że to jest trzeci świat i że tutaj nie da się żyć.
Uspokajałam go, że pewnie jakiś remont robią i że tak bywa. Oraz siedem razy odmawiałam udania się do gminy z oficjalną skargą...

No a teraz już wiem, dlaczego woda była żółta.
Nie wiem tylko jak wpłynęło picie wody z kaloryferów przez moje półroczne dziecko na stan jego zdrowia...

Szfaaak!
Ten dom nas wykończy! Jeśli jakimś cudem nie finansowo, to psychicznie i zdrowotnie... :-/

Ktoś może chce kupić ładny, wyremontowany dom na Śląsku z dużym ogrodem i gruntami rolnymi?


poniedziałek, 10 marca 2014

Efektowne efekty pracy

Jest wiosna. Pierwsza moja wiosna na wsi. Pierwsza z własnym ogrodem i kawałem łąki. Każdą wolną chwilę, na ile tylko partia i decybel pozwolą, spędzam więc w ogrodzie. Wiadomo - zapał początkującego, plus matka poszukująca pretekstów by chociaż na chwilę wyrwać się z domowego słodkiego więzienia...

I gdzieś tak od dwóch tygodni ciągle coś w ogrodzie robię. Przycinam, wyrywam, karczuję, obsypuję, walczę z kretem (faza czosnkowa obecnie, lawendowa była nieskuteczna), sadzę, pielę... Słowem - pracuję.
Chyba pracuję. Bo gdyż mimo że godzin roboczych przepracowałam już pierdyliard, to nie ma na to żadnych dowodów. Co gorsze nawet - są dowody, że wcale mnie w tym ogrodzie nie było. Nowe kopce, nieprzycięte krzaki, chwasty, suche liście i pełno śmieci przyniesionych przez wiatr...
Żadnych wizualnych efektów mojej pracy. Ciężkiej, fizycznej pracy!

Przez lata całe pracowałam w różnych korporacjach i moja praca zwykle była nastawiona na efekt. I ten efekt był mierzalny, czasami wyłącznie poprzez odczucia szefa 'spieprzyłaś koleżanko', ale zwykle były bardziej obiektywne czynniki.
Przeczytanych 50 stron dokumentacji przetargowej. Ufff, jeszcze 300!
Napisanych 5 stron opisu projektu, a już w zasadzie kończę! 
7 slajdów prezentacji, jeszcze z 10 i zrobione!
Realizacja budżetu na 87%, czyli jeszcze trochę spinki i jesteśmy w domu!
 
Jezu, jakie to oglądanie efektów własnej pracy jest krzepiące!
I jak mi teraz tego brakuje!
Tak, zasypałam dzisiaj z 10 nowych kopców kreta. I co z tego? Zaraz skurwiel (pardon maj frencz) zrobi kilka nowych.
Tak, zebrałam dwa worki śmieci, liści i chwastów. Efekt? Ha ha... Ciekawe skąd, bo przecież nadal pełno ich wszędzie.
Wyciełam z 6km kłączy dzikich jeżyn, malin i róż, żeby mniej zaradne, a porządane rośliny miały dostęp do światła. Efekt wizualny? Zerowy. Jedyne ślady tej pracy to kolce w dłoniach, ale przecież mogłam się przewrócić w krzaki, nie?

Jak ciężko być ogrodnikiem! ;-)
Bo jak nie zrobisz, to efekt będzie widoczny, wszyscy zauważą że masz dom otoczony buszem, albo że w tym roku róża nie kwitnie. 
Ale jak zrobisz, to niestety nie, nikt nie zauważy. Będzie po prostu ok, tak jak być powinno.
Cóż za niewdzięczna praca.

Acz, gdyby ktoś miał potrzebę przemyślenia kilku spraw, albo chciał na spokojnie zaplanować zawładnięcie wszechświatem, to zapraszam do perzu. 

środa, 5 marca 2014

W góry

Zima w tym roku nas rozpieszcza. Śnieg leżał tutaj dwukrotnie - raz jeden dzień, a drugi raz może ze trzy, tyle akurat żeby uwiecznić decybela w jego foczym kombinezonie na tle białości, że niby pierwszy jego kontakt z zimą.
No ale zimą się jeździ w góry. Nawet jeśli nie ma śniegu, nie ma przebacz.

Spakowałam więc milion toreb, łańcuchy na koła wózka, raki i czekany i wyruszyliśmy we troje do Zakopanego. Wszystko szło znakomicie do momentu, gdy Holender miał się ubrać na przechadzkę po okolicy. Otóż w umyśle kogoś, kto wychował się w płaskolandii z opadami śniegu sięgającymi maksymalnie kilku centymetrów, które powodują ogłoszenie klęski żywiołowej, śnieg to nie jest nawierzchnia po której się chodzi, a góry to taki twór, który fajnie się podziwia z okien samochodu bądź knajpy.
Holender nie zabrał żadnych butów które miałyby chociażby imitację bieżnika. Żadnych zakrywających kostkę. Żadnych wodoodpornych. 
Słowem - był wprost idealnie przygotowany, żeby spędzić kilka dni w Tatrach. Z tym, że wewnątrz hotelu.

Pokazałam mu Krupówki. Ze wstydem. Dlaczego tam jest tak tłoczno? Dlaczego wszystko jest takie kiczowate? Dlaczego nie ma nawet jednej porządnej restauracji, w której nie atakuje się oscypkiem, kwaśnicą i pieczonym baranem? Plus pijane dzieciaki, żebracy i uczucie, że zaraz ktoś kogoś okradnie. Minus kultowy biały niedźwiedź, z którym przecież pokolenia Polaków mają pamiątkowe zdjęcia. Zdechł, czy co? Nie było...

Góry piękne, ośnieżone szczyty jak z pocztówek, nawet architektura w miarę spójna (jak na polskie normy), ale wszystko takie... no na pół gwizdka. Niby folklor, ale zepsuty nowoczesnościa i kiczem, niby magia gór, ale wszędzie tłumy i niedociągnięcia. Śmieci, bałagan, korki. Plus egzotyka Zakopianki...
Do Austrii mamy tak samo daleko, więc coś czuję, że to pierwsza i ostatnia nasza w Zakopcu wizyta.

Tydzień później tak się sprawy poukładały, że sama z dzieciakiem w Bieszczady pojechałam. Na zjazd rodzinno-kumpelski. 
Sześć godzin jazdy. Sześć. Pewnie da się trochę szybciej, ale nie wtedy, gdy zaufa się swojemu samochodowi, który z jakiegoś powodu nadal uważa, że jest terenówką i że właścicielka ma w sobie duszę odkrywcy. Taaak, jedźmy przez wszystkie możliwe wsi i pola! I przeskakujmy małe strumyki, juhu! I podziwiajmy DZIKĄ przyrodę i totalne bezludzia. Oraz - czy ja czuję błoto?!? Jedźmy tam, koniecznie!!! 

Całkiem możliwe, że gdzieś w moim aucue da się zmienić tryb 'globtrottera na prochach' na 'cywilizowany', ale mnie się to nie udało, więc wracałam całkiem podobnymi drogami, mimo że wybrałam inną trasę przejazdu.

No a na miejscu zaprzeczenie Tatr. Wiadomo. Cisza, spokój, psy dupami szczekają. Śniegu prawie nie było, ale kilku zapaleńców i dzieci uprawiali narciarstwo błotne.
Poszliśmy na spacer po Ustrzykach. Brak kiczu z Krupówek, ale też brak czegokolwiek innego. Rozumiem, że w Bieszczady przyjeżdżają głównie studenci z plecakami wypchanymi mielonką i chlebem tostowym (bo lżejszy), ale oni kiedyś dorastają... I mają dzieci. I coś by zjedli, gdzieś usiedli...
A tu za atrakcję to robiliśmy my, przyjezdni. Miejscowi stacze bezrobotni co chwilę wchodzili w interakcję, zupełnie nieproszeni.

Swoją drogą niesamowite było to, że pod wyciągiem stało ze 20, no może 30 samochodów, a grubo ponad połowa aut miała rejestracje warszawskie. Uderzająca jest siła sentymentów związanych z młodością, rajdem po Bieszczadach, szwędaniem się z plecakiem po bezdrożach. Żeby taki kawał po odrobinę ciszy jechać? Wow.

Dla mnie było zdecydowanie za cicho i za pusto. No ale to pewnie dlatego, że ciszę i spokój mam na codzień. Oraz że absolutnie nie da się dogodzić żadnej kobiecie. Zawsze będzie się do czego przypieprzyć ;-)

Cieszę się, że Holender nie pojechał. Jak miałabym mu wyjaśnić, że parking pod domkami, w których spaliśmy jest jednym wielkim błotnym jeziorem? Że aby dostać się do domku trzeba się po błocie i śliskiej trawie wspinać dobre 15 min? Że bagaże i większe zakupy przywozi z parkingu pan Mietek swoim ratrakiem czy innym czymś, co jeździ z warkotem prawie pionowo? Że mimo iż płacimy tyle, co za dobry hotel, sami musimy ogrzewać chatę kominkiem, często brakuje gazu i prądu, a woda z kranu nie nadaje się do picia? Że jedyne czerwone wino znajduje się w Biedronce i nie ma ono nic wspólnego z tym, co on normalnie pija?

Bo są takie różnice kulturowe, których się chyba nie przeskoczy... Mam tylko nadzieję, że nasza polsko-holenderska produkcja będzie ogarniała oba nasze światy. I błocko po pas połączone z brakiem prądu i włoskie obuwie pozbawione bieżnika nieznoszące brudu i wilgoci ;-)

środa, 12 lutego 2014

męski heroizm

Lubimy o sobie myśleć, że jesteśmy super towarzyscy. Albo wręcz przeciwnie, że generalnie to wszyscy mogliby spieprzać na drzewo i nikogo nam do szczęścia nie trzeba, no może prócz najbliższej osoby. To są takie akademickie dywagacje dopóki się nie pojedzie w Bieszczady, czy inne ostępy i nie przeżyje miesiąca, czy dwóch bez kontaktu z innym przedstawicielem homo sapiens.

Mnie się wydawało, że dwutygodniowe, samotne, dalekie wakacje rozjaśniły tę kwestię co do mojej osoby. Po powrocie byłam pewna, że lubię i potrafię być sama, ale że zupełnie bez sensu jest przeżywać fajne rzeczy w pojedynkę.
Jednak dopiero kilka miesięcy na wygnaniu, czyli na śląskiej wsi, otworzyło mi oczy, jak bardzo potrzebuję ludzi. I to nie pogawędki z bardzo miłą panią Zosią ze sklepu, czy szatniarką na basenie. Potrzebuję kontaktu z ludźmi do mnie podobnymi. Nieprawdopodobne odkrycie, co? ;-)

W poprzedni weekend okazało się, że znajomi, którzy mieli nas odwiedzić, nie mogli przyjechać. Zdarza się, wiadomo. Jednak byłam mocno rozczarowana, bo każda wizyta warszawiaków na mojej prowincji jest dla mnie Wydarzeniem.

Holender doskonale rozumie moje uczucia w tym temacie, jako że sam zostawił przyjaciół, rodzinę i całe swoje życie towarzyskie w Holandii i samotnie przyjechał podbijać (z motyką) dziki wschód. Tyle, że ładnych kilka lat temu.
A zatem zrozumiał, smutnie pokiwał głową i kazał mi się pakować. Że skoro góra do Mahometa nie może, to Mahomet się jednak do góry wybierze. Czy tam odwrotnie. W każdym razie - mam sama jechać do Warszawy. Sama. Zostawić Szanownego Decybela, koty, dom i sarny pod opieką Holendra. Jechać i się dobrze bawić.

Nie trzeba było mi osiem razy powtarzać, wystarczyło trzy. Wykonałam kilka telefonów, spakowałam się i ziuuuu - już byłam w drodze.
I ten weekend w stolicy to było absolutnie to, czego mi było trzeba. Ludzie, rozmowy, odwiedzenie ulubionych miejsc, palenie plastiku na zakupach, itd.
Wróciłam jak nowa.
To był genialny ruch. Nie tylko dlatego, że naładowałam akumulatory, ale też dlatego, że ojciec Terrorysty miał okazję pobyć z nim sam na sam przez dwie doby. Sam się z nim obudzić, przetrwać samotnie poranek, samotnie ucieszyć się z pierwszej drzemki i możliwości wypicia kawy. Samodzielnie przebrać gada milion razy w ciągu dnia, a potem samemu go nakarmić. Samotnie spacerować po lesie i wsi. Samemu ogarnąć karmienie, kąpanie, usypianie, itd.
Bo tylko, jak się samemu zostanie z jakimś tematem, to można zrozumieć jego złożoność. Jak opiekować się dzieckiem, sprzątać, gotować, zrobić coś dla siebie i nie oszaleć!

Wróciłam i pierwsze słowa Holendra brzmiały: potrzebujemy niani! ;-)
Niemal umarłam z radości po raz drugi tego weekendu. Bo to znaczy, że zrozumiał.
I nie, nie potrzebujemy niani, ale domyślam się, że skoro przez cały weekend nie znalazł czasu, żeby wziąć prysznic, a do toalety zabierał małego ze sobą w nosidełku, to dotarło do niego, jak cudownie i radośnie płynie czas, gdy opiekujesz się dzieckiem. SAMOTNIE. CODZIENNIE. NON STOP.

I w zasadzie mogłabym tutaj zakończyć. Morał z tej historii jest taki, że ja muszę częściej się wyrywać z domu, bo wszystkim to dobrze robi na głowę.
Ale.
Tak naprawdę chciałam o czymś innym.
Bo ile razy nie opowiadam tej historii znajomym z Polski, to oni robią wielkie oczy i z niedowierzaniem pytają, czy rzeczywiście został sam. Ojciec. Sam. Z dzieckiem. Czy sobie poradził. Czy nie zwariował. I ile czasu go to tego zmuszałam. I jaki zakład wygrałam. I czy któraś babcia przyjechała pomóc. Albo chociaż sąsiadka. No niesamowite....

A ile razy nie opowiem tej historii znajomym z Holandii, to oni robią wielkie oczy i z niedowierzaniem pytają, czy to możliwe że Decybel ma już prawie 6 miesięcy, a ja dopiero teraz się wyrwałam na dłużej niż kilka godzin. Że musi mi być ciężko. Samej. Bez znajomych. Oderwanej. Że pewnie mam zastępy nowych przyjaciół. Albo chociaż przyjeżdża do mnie regularnie rodzina. No niesamowite...

I wkurza mnie ta różnica okropnie.
Dlaczego ojciec, który zostaje ze swoim dzieckiem w domu na weekend, to jest jakiś kosmos? Dlaczego miałby sobie nie poradzić? Dlaczego miałby tego nie chcieć? Dlaczego kobieta może zostać sama z dzieckiem tygodniami, a facet nie może przetrwać weekendu?

A w drugą stronę?
Czy jeśli matka prowadząca dom, nagle postanawia iść do pracy, zarabiać, albo ja wiem - zacząć ścigać się samochodami, ktoś robi wielkie oczy i pyta - ale jak to?!? Tak sama? Takie to męskie i chcesz to robić? 
No nie.

Nikt jakoś nie sra na fioletowo, gdy kobieta idzie do biura godząc to z rolą matki.
Gdy facet godzi pracę zawodową z rolą ojca, chociażby weekendowo, to jest kurwa szał.
Nie lubię tego...
Nie tak się umawialiśmy drogi świecie.

środa, 5 lutego 2014

Dziecka socjalizowanie

Jestem tu na mojej śląskiej wsi sama. Sama z dzieckiem. Sama nie licząc zwierząt.
Ludzi spotykamy rzadko, czasami za oknem mignie sąsiad... I pewnie dla tych, którzy są zmęczeni miastem i marzą o ciszy i spokoju, to byłaby sytuacja idealna. No ale ja przyzwyczaiłam się do innych standardów. Przez lata w korporacjach moją rzeczywistością w pracy byli ludzie, spotkania, lanczyki, bieganie w biegaczce, telefony, maile, korki, wieczny pośpiech, siedemnaście srok za ogon.
No a teraz cisza. Cisza aż boli... Dziecko moje na pustelnika wyrośnie, na dziwaka, który boi się ludzi, bo gdyż zna tylko swoją nieogarniętą matkę, ojca i czaaaasami widuje dziadków, albo innych szaleńców, którzy zdecydowali się nas tutaj na zadupiu odwiedzić.

Gdy tylko dowiedziałam się o klubiku dla gówniarzy w domu kultury w okolicznym mieście, uznałam to za świetny pomysł. Decybel ma 5 miesięcy, ale powiedziano mi, że to nie kłopot.
Super.

No i dzisiaj był ten dzień. Dzień pierwszy socjalizacji mojego dziecięcia.
Zebrałam wszystkie zapasowe gacie, pieluchy, butelki, szmatki, chusteczki i co tam jeszcze w zasięgu wzroku znalazłam i zmieściło się do mojego wora podróżnego, który kiedyś był elegancką torebką XXL. Wrzuciłam to wszystko do samochodu, umalowałam nawet oko i byłam gotowa. Wyjechałam pół godziny wcześniej, bo przecież trzeba dojechać, znaleźć miejsce parkingowe, doczłapać się z nosidełkiem, itd.
Nooo... tyle, że tak to działa w dużych miastach
Dojechałam w całe 6 minut, bo przecież mimo kilku ładnych kilometrów, nie ma żadnych korków, ani świateł. Miejsc parkingowych też było od cholery, mimo że to samo centrum. Tutaj naprawdę żyje się inaczej...

No w każdym razie byłam mocno przed czasem. No może to i lepiej - Brunon się z miejscem i zabawkami miał czas oswoić. We względnej ciszy. Gdyż za chwil kilka bachorków było już multum. Pełzające, siedzące, skaczące, ganiające, jeżdżące, piszczące, śpiewające, ryczące, srające i rzygające. Ładne i brzydkie.
Taka wtrącka - nigdy mi się dzieci szczególnie nie podobały. I cóż - nadal większość jest dla mnie masakrycznie brzydka, nic się nie zmieniło po urodzeniu własnego, chociaż przez całe życie słyszałam, że na bank mi się zmieni. No jakoś nie. Co więcej, na początku moje własne dziecko też nie było dla mnie szczególnie ładne. Dopiero po jakimś czasie patrzenie na nie przestało boleć w oczy ;-)

Brunon zasiadł na kocu z innymi pełzakami i się socjalizował wyrywając dzieciakom zabawki (tak, rośnie mały buc), a ja patrzyłam. Wszystko ufajdolone śliną, matki zalane mlekiem. Podkrążone oczy, odrosty, pociążowy tłuszczyk. No i te laczki. W sensie kapcie domowe, albo skarpety... Całość dość okropna. Wszystkie tam (bo nie było ani jednego mężczyzny oczywiście) wyglądałyśmy jak urządzenia do obsługi dzieci. Ze swoimi wielkimi torbami wypchanymi absolutnie wszystkim, co niezbędne. Niezbędne dla dziecka ma się rozumieć, bo jakoś nie widziałam matek z kanapkami i termosami z kawą dla siebie. Wszystkie za to byłyśmy w rozciągniętych, wygodnych ubraniach, w których można się tarzać po parkiecie, czołgać w tunelu dla dzieci i skakać na trampolinie. I wyglądałyśmy w nich fatalnie.
Siedziałam i patrzyłam na własne skarpetki. Jedna była założona na lewą stronę. Spostrzegłam to na samym początku, ale aż do końca nie znalazłam czasu, ani motywacji, żeby schować nogę, albo zdjąć i założyć poprawnie skarpetkę.
Ale tylko ja wydawałam się być przygnębiona obrazkiem. Reszta kobit trajkotała jak oszalała.
Śpi pani? Śpi, no to super! A na butelkę ile razy się budzi? Nie budzi się, no niesamowite. Moja Madzia, złoto dziewczyna, ale dwa razy butlę woła... A wiadomo jak to po butli, w pieluszce złoto, więc trzeba przebrać. Drze się wtedy pieruńsko, ale co zrobić... W pokoju wieszam jej mokrą szmatkę nasączoną olejkiem, żeby lepiej jej się oddychało, to się rzadziej budzi, bo wie pani jak to w bloku - suche powietrze, to jej się gardło wysusza, a dla takiego malucha to niedobrze, więc jak mi matka poradziła....
I tak dalej. I tak w kółko.
Ja pierdolę.
Najgorsze jest to, że mimo woli wchodzisz w te dyskusje. No bo jak w nie nie wejść? Gdy koś zapyta o częstotliwość wypróżnień twojego dziecka, to chcesz, czy nie chcesz, nagle stajecie się niemal przyjaciółmi. Bo z nikim innym na tak intymne / żenujące / odrażające tematy przecież nie pogadasz...

Po części ogólnowrzeszczącej polegającej na zabawie na wszystkich możliwych sprzętach, przyszedł czas na zabawę zorganizowaną. Pani prowadząca zaczęła śpiewać, tańczyć, recytować i nauczać.
AAAAAAAA...
Może i dzieci uczą się najlepiej, gdy piosenki dotyczą jabłuszek, gruszek i koników. Może. Z całą pewnością ja najszybciej przy nich wariuję. Słowo daję - NIENAWIDZĘ dziecięcych piosenek. Te głosiki, to seplenienie, ten infantylny tekst no i słodko-pierdząca melodia. Ratuuuunku.

Dziecko moje na szczęście jest wciąż za małe na tańczenie w kółeczku, naukę nazw kolorów, itd. Stanęłam z boku i marzyłam o tym, żeby decybel się wreszcie rozdecybelował na całe gardło, żebym miała pretekst do wyjścia. No niestety... oczy jak pięć złotych, ślinotok z otwartego dzioba w pełni, podrygi kończyn dolnych (boleśnie kopiących moją bliznę po cesarce) - znaczy jest szał.
Na szczęście kilkanaście minut później uratowała mnie butelka. Młody po kilku łykach odpłynął i ja wraz z moją kwadratową głową mogłyśmy się ewakuować...

Nie pamiętam już kiedy byłam tak zmęczona. Hałasem, noszeniem dzieciaka, rozmową, grającymi zabawkami, dźwiękiem rozwalanych klocków, piskiem, muzyką, ludźmi... Za czasów pracy w telekomie miewałam po 6 spotkań dziennie, albo całodzienne zebrania na szczycie, wielogodzinne prezentacje w języku lengłydż. Myślałam wtedy, po takim wyczerpującym dniu, że nienawidzę ludzi, że jak jeszcze raz zadzwoni telefon, to go rozpiżgnę o ścianę.
Ha ha... Wszystko tamto, to było nic.
Dzisiaj, dzisiaj dopiero, po zaledwie dwóch godzinach w klubie Fiku-Miku, poznałam co to jest zmęczenie. Prawdziwe zmęczenie ludźmi i dziećmi w szczególności.
A nie, dzieci to nie ludzie. To potwory! :-)

poniedziałek, 3 lutego 2014

Kocia loteria

Tak sobie myślę, że jak się bierze na wychowanie i życie psa, kota, chomika, fretkę, czy dziecko, to w zasadzie nic się nie wie. Ani kto to będzie, ani jak z tym kimś będzie, a jak już się powie A (jak adopcja lub aaaaamoże już czas na dziecko), to nie ma odwrotu.

Wzięłam pierwszego kota z ogłoszenia. Bida taka to była, koci wypłosz w kolorze niezaplanowanym. Ale to on mnie wybrał i nie było dyskusji.
Potem się okazało, że niezaplanowany kolor jest najgorszym kolorem ze wszystkich - biały podszerstek widać na wszystkich ciemnych ubraniach, czy meblach, a ciemną sierść wierzchnią na wszystkim co jasne. Prócz tego, jest to kot z wiecznym PMSem... Ma totalne jazdy - raz gryzie, raz rozdeptuje z miłości, miewa sraczki stresowe, schizuje gdy widzi facetów i uwielbia roszponkę. Przez pół roku nie udało mi się go nakłonić do chociażby wejścia do kociego koszyka, który mu nabyłam z okazji przeprowadzki... Holender wsadził go tam raz i kot został. Wychodzi tylko na michę i siku...

Druga bestia to piwniczno-śmietnikowy znajda. Bez kompleksów, jakichkolwiek zahamowań. Pije piwo, je chipsy, żałośnie miauczy pod lodówką tak długo, aż magicznie coś z niej do miski wpadnie. Gardzi kocim żarciem, sprasza kolegów do domu, zawsze ma brudne nogi i uwielbia wisieć na drzewach głową w dół. A gdy przechodzę, spada mi na ramiona doprowadzając mnie do zawału...

Kocie dupki wygrały swój los na loterii. Co prawda na początku mieszkały w mieście, ale miały taras, ptaki i zawsze pełną michę.
Teraz mają ogromny ogród, łąkę, rzeczkę, kumpli z ulicy, wrogów i Wydarzenia Z Życia (np. osuszanie stawu rybnego w okolicy. Wróciły do domu ciągnąc brzuchy po trawie, zaklinając się, że nigdy już nie zjedzą ryby).
No i mają kocie drzwiczki. Wchodzą i wychodzą kiedy chcą. Niesłuchanie co się do nich mówi przeniosły na wyższy poziom. Nie tylko ignorują, ale też opuszczają lokal trzaskając drzwiami...  Oraz wracają zawsze głodne. Z miną pt. 'No co, przecież właśnie wróciłem z zewnątrz! Tam jest zimno, dziko i lisy!'. Nawet jeśli z pysków nadal im jedzie obiadem...

I te koty moje, to tak se myślę, że jak idą na pół nocy gdzieś, to grają w pokera. Szczęście mają nieprzeciętne jak widać, na loterii życia wygrały już przynajmniej raz...