dzisiaj dostałam maila od pani jolanty.
nic w tym nadzwyczajnego, ale pani jolanta, nie dość, że ma tak samo na imię jak ja, to jeszcze na nazwisko też ma identycznie.
zobaczyłam maila w skrzynce odbiorczej i zdębiałam.
bo nie przypominałam sobie, żebym sama sobie wysłała maila, co zresztą robię bardzo często, żeby coś mi tam nie uciekło.
i pierwsza myśl - o kurcze, pewnie jak któregoś razu byłam bardzo pijaną młodszą jolką, to wysłałam sobie list z datą dostarczenia na kilka lat do przodu.
druga myśl - hmm, czyżby choroba psychiczna? jedna z moich osobowości wysłała ten list, bo chce być słyszana, ale pozostałe nie pamiętają tego faktu?
trzecia myśl - w dupę węża, mam jakiegoś wirusa i teraz wszyscy moi znajomi dostali ode mnie maila o jakiejś kompromitującej treści. oby tylko chodziło o powiększanie penisów...
jak się opamiętałam i kliknęłam w wiadomość, to nadal nie wierzyłam i musiałam kilka razy czytać na głos, żeby być pewną, że sama do siebie tego maila nie wysłałam...
tak cholernie trudno było mi przełknąć myśl, że jest gdzieś tam inna jolka, która nazywa się tak samo i akurat dzisiaj z przyczyn zawodowych musiała się ze mną skontaktować.
a przecież wiem, że istnieje! znaczy wiedziałam, nawet przed tym mailem.
bo mamy niemal identyczne adresy mailowe. z kropką i bez kropki, albo z jolanta i jolą. wszystko jedno. kilka razy jej maile trafiały do mnie, np. w związku z zakupami internetowymi, albo rezerwacją miejsc. ktoś gdzieś źle zapisał i tyle.
oczywiście może też być, że to jakaś trzecia, albo i piętnasta jolanta.
nie jestem unikalna.
pamiętam, jak mi kiedyś przyjaciel powiedział, że na wakacjach poznał laskę, która po prostu była mną, ale z grecji. że od razu im się świetnie gadało, że wariatka, że czad i że nieprawdopodobne wow.
no bosko.
ale niech spieprza, tak?
a dzisiaj to. identyczne imię i nazwisko... ciekawe, czy kiedyś ktoś spotka kogoś o identycznym nazwisku i imieniu do mojego z identyczną osobowością.
a następnego dnia cały ten zestaw + wygląd fizyczny... bo w sumie dlaczego nie?
hmm...
i tak se popuściłam wodze fantazji...
a może tamta jolka żyje moim życiem sprzed którejś rewolucji?
bo wiem, że mieszka w warszawie i pracuje w telco korpo. jak ja jeszcze całkiem niedawno.
ciekawe, czy ma duże mieszkanie z jeszcze większym tarasem, zażera się arbuzami i kolekcjonuje szpilki, w których ma dokąd chodzić w przeciwieństwie do mnie.
może ma męża i psa? albo chociaż chomika...
albo może się właśnie rozeszła z facetem i układa sobie życie po swojemu? sama? w swoim mieszkaniu na kredyt? sama robi zakupy, sama zasypia, sama ogląda lol koty w sieci i sama rozlewa wino z kieliszka stojącego na szafce nocnej?
no albo ma dziecko, dajmy na to chłopca, z jakimś kosmitą... bo ja wiem, ze Szwedem? on ma fabrykę płytek ceramicznych na północy kraju, a ona nie zrezygnowała z życia w stolicy, pracy, przyjaciół i ulubionych knajp, bo pomorze ją nie kręci? mieszkają osobno?
hmmm...
ja ciągle spotykam tych samych ludzi. mimo, że są oczywiście od siebie bardzo różni. to jednak tacy sami.
też tak macie, że często jak poznajecie nową osobę, to myślicie sobie: ooo! to taki krzysiek, tylko więcej pije i gorzej pachnie?
albo ta laska śmieje się i rusza zupełnie jak Marlena! nawet mówi z taką samą manierą. ciekawe, czy też ma fioła na punkcie siatkówki?
hmmmm...
środa, 28 stycznia 2015
poniedziałek, 26 stycznia 2015
Sen pszczoły
Śniło mi się, że byłam dziennikarką.
Zważywszy na moją przeszłość, znaczy pracę w mediach, to żadna nadzwyczajność.
Ale to był koszmar.
Z gatunku tych koszmarnowatych. Gremlinsy, spadanie w bezbrzeżną czarność i duszenie się ogromną, nieprzerwanie rosnącą w ustach kulą, czyli moje osobiste top 3, chowa się głęboko pod poduszkę.
Gdyż bycie dziennikarką w moim śnie było okropne. A zadanie przede mną postawione było niczym 5427 prac Heraklesa, nie że tylko 12.
Otóż miałam za zadanie porozmawiać z człowiekiem, który by mógł powiedzieć, że posiada normalnego, przeciętnego, zwyczajnego kota.
No i sami powiedzcie. Znacie kogoś, kto mógłby powiedzieć o swoim kocie 'normalny'?
Przecież te futrzaste głupki mają totalnie nasrane pod beretami. A jak wydają się względnie normalne, to szczekają przez sen, albo ja wiem, panicznie boją się pająków, aaalbo są uczulone na wszystko za wyjątkiem gotowanego kurczaka. Czy coś.
Moje na ten przykład, ponieważ nie pozwalam im przesiadywać na stole w kuchni, zawładnęły stołem w ogrodzie. Śniegu nienawidzą, ale przecież to jest wyższa potrzeba :-)
No ale wracając do snu.
Śni mi się ta okropna niemożliwość. Poszukiwania właściciela normalnego kota. Takiego co mruczy i pije mleczko ze spodeczka.
I budzi mnie okropne trzaskanie. A mokra jestem jak mysz w związku ze śnionym koszmarem.
Myślę - jakiś naćpany facet z kilofem rozwala mi salon.
Druga myśl - to tylko śnieg spada z dachu i tak hałasuje. Tylko dlaczego w salonie?!?
Uzbrojona w lakier do włosów (oślepię skurwysyna!) zeszłam na dół, a tam tylko mój kot.
Siedzi na kanapie i wpieprza chipsy, których zapomniałam schować...
wtorek, 20 stycznia 2015
Jestem z Marsa, tfu z Warszawy...
Jeśli chodzi o chorowanie, to jestem facetem.
Chodzę i jęczę, ale do lekarza nie pójdę. Staram się przeczekać, nie panikować. Nienawidzę być na lekach i jak muszę wziąć chociażby coś w stylu fervexa, to czuję się jak naćpana.
No ale nie było rady. Kaszel mam taki, że budzę koty. A ich przecież byle co nie budzi...
A że mam raczej średnio przyjemne doświadczenia z szukaniem lekarza w najbliższym mieście, postanowiłam przechytrzyć system i udać się do ośrodka zdrowia w mojej wiosce. Bo kiedyś przyuważyłam, że jest.
Znalazłam numer przez internet i dzwonię:
- Dzień dobry, chciałabym się umówić do internisty. Najlepiej na dzisiaj, jeśli jest taka możliwość.
- Dzień dobry. Ale jak do internisty?
- Yyy... do internisty, z kaszlem chciałam. A to ośrodek zdrowia?
- Tak. A jak się pani w ogóle nazywa? - spytała pani tonem świadczącym o tym, że mnie po głosie nie poznaje, a przecież powinna.
No i już wtedy wiedziałam, że wybór lekarza w wiosce, to może nie był najlepszy z moich pomysłów. Po podaniu personaliów rozmowa wartko toczy się dalej:
- Ale pani nie ma. Nie widzę. Nie mamy.
- Yyy...?
- Karty pani nie mamy.
- No nie macie państwo, bo nigdy u was nie byłam. Ale chciałabym przyjść. Można? Do internisty?
- Droga pani, przyjść można, ale nie do internisty, ale do pediatry.
- Ale ja nie jestem yyy... dzieckiem...?
- To nic. To jest lekarz pierwszego kontaktu, pediatra. Przyjmuje wszystkich. Od ładnych kilku lat tak to tutaj działa i nikt jeszcze nie narzekał.
- Aha. Yyy... No dobrze. To proszę mnie zapisać.
- Na 11 niech przyjdzie i pamięta o dyskietce.
- Dyskietce? - pytam, bo totalnie nie mam pojęcia o czym się do mnie rozmawia.
- Dyskietce. - postanowiła nie ułatwiać mi sprawy pani rejestratorka.
- Dyskietce? Takiej do komputera?
- Nie, do snopowiązałki. Tak, do komputera, dyskietce.
Tutaj nastąpiła dłuższa cisza. Miałam pełną świadomość, że w tym momencie obie uważałyśmy się nawzajem za totalne kosmitki. No ale przecież nie mogłam tego tak zostawić?
- Hmm... ale ja nie mam dyskietki. Może być pamięć USB? - na wszelki wypadek postanowiłam nie drążyć po kiego grzyba im dyskietka.
Tutaj nastąpiła nieprawdopodobna cisza po drugiej stronie słuchawki. Jestem pewna, że pani zastanawiała się, czy się nie rozłączyć. Albo ewentualnie umówić mnie na widzenie z psychiatrą.
- Dyskietka. Z funduszu zdrowia. Pani nietutejsza?
- Nie, to znaczy tak. Mieszkam tutaj od jakiegoś czasu, ale całe życie leczyłam się prywatnie. W Warszawie - dodałam ze wstydem.
- My tu na Śląsku mamy dyskietki, pani se załatwi.
- Aha. Ale do 11 to chyba nie zdążę?
- Pierona, dzisiaj do pediatry pani idzie, ale oficjalnie to lekarz pierwszego kontaktu, to niepotrzebna. Jak pani będzie chciała przyjść do pediatry jako do pediatry, to z dyskietka. Z funduszu. Płyt CD też nie przynosić.
O 11 stawiłam się w ośrodku. Bardzo speszona. Wygładziłam swoje marsjańskie czułki i poszłam do rejestracji. Poczekalnia była zupełnie pusta, co napawało optymizmem.
W rejestracji okazało się, że pani marsjanka jest bardzo miła, dała mi jakieś świstki do wypełnienia i nawet adres pod którym zdobędę tę sławną dyskietkę.
Wyszłam z rejestracji po, ja wiem, może 7 minutach. A w poczekalni 374 osoby! Czyli dokładnie dwie mniej niż liczy cała populacja wioski. Bo przecież Holender w pracy, a Brunon w żłobku.
Ale jakieś 15 minut później zostałam w kolejce tylko ja.
Nieprawdopodobne. Pojęcia nie mam, co można u lekarza załatwić w 7 sekund... A oni wchodzili i wychodzili. Drzwi by się obrotowe przydały.
Weszłam.
Siadłam.
Czekam na pierwszy ruch ze strony lekarza. Błędnie zakładając, że da mi sygnał, że jest gotów mnie zbadać.
Wreszcie spojrzał na mnie i powiedział pierwsze z trzech słów, jakie miał dzisiaj dla mnie:
- Nazwisko?
Po podaniu nazwiska byłam już tak zdenerwowana dziwaczną sytuacją, że zaczęłam mówić o objawach. Lekarz w pewnym momencie wstał, wziął stetoskop, więc udostępniłam mu do osłuchania płuca. Ruchem ręki kazał mi rozdziawić paszczę, więc rozdziawiłam. Spojrzał. Chyba spojrzał? Patyczka nie użył, ale chyba spojrzał...
Usiadł, coś tam nasmarował. Podał mi receptę:
- Proszę. Następny!
PRZYSIĘGAM. Trzy słowa. Koniec wizyty.
W sumie na pogaduchy nie przyszłam, ale to było kuriozalne.
Nawet nie wiem, co mi jest, bo w tym osłupieniu nie zapytałam.
To była moja najdziwniejsza wizyta lekarska ever. A wierzcie mi, poprzeczka była ustawiona wysoko przez ginekologów, którzy nie znając angielskiego próbowali się skomunikować z towarzyszącym mi Holendrem podczas USG ciąży.
Chodzę i jęczę, ale do lekarza nie pójdę. Staram się przeczekać, nie panikować. Nienawidzę być na lekach i jak muszę wziąć chociażby coś w stylu fervexa, to czuję się jak naćpana.
No ale nie było rady. Kaszel mam taki, że budzę koty. A ich przecież byle co nie budzi...
A że mam raczej średnio przyjemne doświadczenia z szukaniem lekarza w najbliższym mieście, postanowiłam przechytrzyć system i udać się do ośrodka zdrowia w mojej wiosce. Bo kiedyś przyuważyłam, że jest.
Znalazłam numer przez internet i dzwonię:
- Dzień dobry, chciałabym się umówić do internisty. Najlepiej na dzisiaj, jeśli jest taka możliwość.
- Dzień dobry. Ale jak do internisty?
- Yyy... do internisty, z kaszlem chciałam. A to ośrodek zdrowia?
- Tak. A jak się pani w ogóle nazywa? - spytała pani tonem świadczącym o tym, że mnie po głosie nie poznaje, a przecież powinna.
No i już wtedy wiedziałam, że wybór lekarza w wiosce, to może nie był najlepszy z moich pomysłów. Po podaniu personaliów rozmowa wartko toczy się dalej:
- Ale pani nie ma. Nie widzę. Nie mamy.
- Yyy...?
- Karty pani nie mamy.
- No nie macie państwo, bo nigdy u was nie byłam. Ale chciałabym przyjść. Można? Do internisty?
- Droga pani, przyjść można, ale nie do internisty, ale do pediatry.
- Ale ja nie jestem yyy... dzieckiem...?
- To nic. To jest lekarz pierwszego kontaktu, pediatra. Przyjmuje wszystkich. Od ładnych kilku lat tak to tutaj działa i nikt jeszcze nie narzekał.
- Aha. Yyy... No dobrze. To proszę mnie zapisać.
- Na 11 niech przyjdzie i pamięta o dyskietce.
- Dyskietce? - pytam, bo totalnie nie mam pojęcia o czym się do mnie rozmawia.
- Dyskietce. - postanowiła nie ułatwiać mi sprawy pani rejestratorka.
- Dyskietce? Takiej do komputera?
- Nie, do snopowiązałki. Tak, do komputera, dyskietce.
Tutaj nastąpiła dłuższa cisza. Miałam pełną świadomość, że w tym momencie obie uważałyśmy się nawzajem za totalne kosmitki. No ale przecież nie mogłam tego tak zostawić?
- Hmm... ale ja nie mam dyskietki. Może być pamięć USB? - na wszelki wypadek postanowiłam nie drążyć po kiego grzyba im dyskietka.
Tutaj nastąpiła nieprawdopodobna cisza po drugiej stronie słuchawki. Jestem pewna, że pani zastanawiała się, czy się nie rozłączyć. Albo ewentualnie umówić mnie na widzenie z psychiatrą.
- Dyskietka. Z funduszu zdrowia. Pani nietutejsza?
- Nie, to znaczy tak. Mieszkam tutaj od jakiegoś czasu, ale całe życie leczyłam się prywatnie. W Warszawie - dodałam ze wstydem.
- My tu na Śląsku mamy dyskietki, pani se załatwi.
- Aha. Ale do 11 to chyba nie zdążę?
- Pierona, dzisiaj do pediatry pani idzie, ale oficjalnie to lekarz pierwszego kontaktu, to niepotrzebna. Jak pani będzie chciała przyjść do pediatry jako do pediatry, to z dyskietka. Z funduszu. Płyt CD też nie przynosić.
O 11 stawiłam się w ośrodku. Bardzo speszona. Wygładziłam swoje marsjańskie czułki i poszłam do rejestracji. Poczekalnia była zupełnie pusta, co napawało optymizmem.
W rejestracji okazało się, że pani marsjanka jest bardzo miła, dała mi jakieś świstki do wypełnienia i nawet adres pod którym zdobędę tę sławną dyskietkę.
Wyszłam z rejestracji po, ja wiem, może 7 minutach. A w poczekalni 374 osoby! Czyli dokładnie dwie mniej niż liczy cała populacja wioski. Bo przecież Holender w pracy, a Brunon w żłobku.
Ale jakieś 15 minut później zostałam w kolejce tylko ja.
Nieprawdopodobne. Pojęcia nie mam, co można u lekarza załatwić w 7 sekund... A oni wchodzili i wychodzili. Drzwi by się obrotowe przydały.
Weszłam.
Siadłam.
Czekam na pierwszy ruch ze strony lekarza. Błędnie zakładając, że da mi sygnał, że jest gotów mnie zbadać.
Wreszcie spojrzał na mnie i powiedział pierwsze z trzech słów, jakie miał dzisiaj dla mnie:
- Nazwisko?
Po podaniu nazwiska byłam już tak zdenerwowana dziwaczną sytuacją, że zaczęłam mówić o objawach. Lekarz w pewnym momencie wstał, wziął stetoskop, więc udostępniłam mu do osłuchania płuca. Ruchem ręki kazał mi rozdziawić paszczę, więc rozdziawiłam. Spojrzał. Chyba spojrzał? Patyczka nie użył, ale chyba spojrzał...
Usiadł, coś tam nasmarował. Podał mi receptę:
- Proszę. Następny!
PRZYSIĘGAM. Trzy słowa. Koniec wizyty.
W sumie na pogaduchy nie przyszłam, ale to było kuriozalne.
Nawet nie wiem, co mi jest, bo w tym osłupieniu nie zapytałam.
To była moja najdziwniejsza wizyta lekarska ever. A wierzcie mi, poprzeczka była ustawiona wysoko przez ginekologów, którzy nie znając angielskiego próbowali się skomunikować z towarzyszącym mi Holendrem podczas USG ciąży.
niedziela, 18 stycznia 2015
Braku smaku
Nadal jestem chora. I o ile z gorączką, kichaniem i kaszlem można jakoś żyć, tyle bez smaku ja nie umiem...
Pierwszy raz w życiu jestem tak zaglutowana, że totalnie straciłam zmysł smaku i węchu.
Ma to swoje plusy, bo nie czuję bąków kotów i nic nam nie psuje sielanki siedzenia przed kominkiem. W kolejce do kasy w hipermarkecie też nikt mnie nie drażni odpustowymi perfumami, czy przewlekłym niedoborem prysznica.
Ale brak powonienia to są przede wszystkim mega minusiory!
Wczoraj spaliłam w piekarniku frytki. Bo o nich zapomniałam. Dopiero jak dym zaczął mnie szczypać w oczy, to się zorientowałam co się dzieje...
No albo zrobiłam sobie żurek. Musiał być pyszny, bo przecież to leży w naturze wszystkich żurków, ale równie dobrze mogłabym jeść wywar z tektury z majerankiem. Zero smaku.
I tak ze wszystkim. Nie czuję nawet najwyraźniejszych smaków ani zapachów :-(
Jem, bom głodna, ale żadnej przyjemności z tego. Żadnej. I mnie nosi. Bo przecież jestem typem załatwiającym sobie masę radości przez kubki smakowe...
A jak mi tak zostanie? Kiedyś widziałam jakiś program o lasce, która kochała gotować, a potem straciła powonienie. Była głęboko nieszczęśliwa. Zupełnie jak ja teraz...
Niech mi ktoś opowie jak smakuje arbuz? Może być z wódką :-)
sobota, 17 stycznia 2015
Dzieci i ich orszak
Jak planowałam dziecko, a planowałam, mimo że u mnie proces ten trwał wyjątkowo krótko po dłuuuuugim okresie 'żadnych bachorów!', to sobie postanawiałam.
Różne głupie rzeczy.
Że na przykład w ciąży nie utyję zanadto. Albo że nie będę piła czerwonego wina, odstawię sushi i wołowe carpaccio.
A jak się dziecko urodzi, to nie będę panikować, frustrować się i chodzić po ścianach, bo przecież na bank da się przez pierwszy rok zadzieciowienia przejść na luzie.
Wymyśliłam sobie także, że nie wpuszczę do domu plastikowego badziewia zabawkowego...
Hahahahahaha! oraz HAHAHAHAHAHAHA!
Że tak powiem.
W sumie trzymałam się dzielnie dość długo, broniłam naszego szarego domu jak fortecy przed zalewem kolorowego plastiku i przekolorowych dziecięcych akcesoriów. Mimo iż kusiło, nie robiłam zakupów w Ikea i nie kupowałam pościeli w przecudowne ZIELONE króliczki, dywanu w CZERWONE robaczki i stołeczków PASTELOWYCH, zasłonek NIEBIESKICH i pudełek W KROPKI. Mimo, że wszystko to jest bardzo piękne i wierzę, że dla niektórych taka nawałnica kolorów i faktur, to jest właśnie to, czego chcą dla swojego dziecka, bo rozwój, bo kolory, bo radośnie, itd.
No ja tak nie lubię, więc dlaczego miałabym serwować swojemu potomkowi coś co mnie drażni.
Było ciężko, ale udało mi się zorganizować małemu pokój w neutralnych barwach z dużą domieszką pięknego-szarego ;) Bo piękny-szary będzie mnie już chyba do końca życia prześladował i wszystko, co urządzam bazuje na szarości.
Drewniane meble, szara reszta.
No ale potem zaczęliśmy dostawać prezenty. Ok, kocyki od których dostawałam oczopląsu wędrowały do szafy i tyle. Ale z zabawkami to już tak łatwo nie jest, bo jak dziecko dostanie, to niestety pamięta i do szafy tak łatwo schować nie da.
Na tej zasadzie zebraliśmy dwa kosze plastikowego badziewia, cztery jeździki, krowę do skakania i całe mnóstwo klocków. Oraz małego TIRa pluszaków.
I słowo daję - ja sama nie kupiłam NICZEGO z tych rzeczy. Nie dlatego, że jestem wyrodną matką (chociaż oczywiście jestem), ale dlatego, że bardzo mało jest ładnych, szarych, zabawek, a jak już są, to kosztują tyle, co buty od Gucci, więc wiadomo że rozsądniej jest kupić buty, z których matka się ucieszy, niż zabawkę, która po 5 minutach od rozpakowania wyląduje na zabawkowym śmietnisku, na tej hałdzie plastikowego dziadostwa.
Tak.
Bo tak mnie właśnie naszło dzisiaj podczas kąpieli małego. Jak próbowałam do wanny pełnej zabawek wlać trochę wody i się nie mieściła ;) Naszło mnie, że zdecydowanie za rzadko powtarzałam swojej rodzinie i przyjaciołom jak bardzo ich cenię i żeby do kurwy nędzy nie przynosili mi do domu tego pieprzonego plastiku!
Przepraszam, uniosłam się, ale to wszystko przez to, że dzisiaj po raz pierwszy Brunosław raczył był się zesrać do wanny wypełnionej tymi wszystkimi kubeczkami, kaczkami, żółwikami, pingwinkami i rybkami.
I tak to tu zostawię, niech Wam się śni po nocach. Dobranoc.
W sumie trzymałam się dzielnie dość długo, broniłam naszego szarego domu jak fortecy przed zalewem kolorowego plastiku i przekolorowych dziecięcych akcesoriów. Mimo iż kusiło, nie robiłam zakupów w Ikea i nie kupowałam pościeli w przecudowne ZIELONE króliczki, dywanu w CZERWONE robaczki i stołeczków PASTELOWYCH, zasłonek NIEBIESKICH i pudełek W KROPKI. Mimo, że wszystko to jest bardzo piękne i wierzę, że dla niektórych taka nawałnica kolorów i faktur, to jest właśnie to, czego chcą dla swojego dziecka, bo rozwój, bo kolory, bo radośnie, itd.
No ja tak nie lubię, więc dlaczego miałabym serwować swojemu potomkowi coś co mnie drażni.
Było ciężko, ale udało mi się zorganizować małemu pokój w neutralnych barwach z dużą domieszką pięknego-szarego ;) Bo piękny-szary będzie mnie już chyba do końca życia prześladował i wszystko, co urządzam bazuje na szarości.
Drewniane meble, szara reszta.
No ale potem zaczęliśmy dostawać prezenty. Ok, kocyki od których dostawałam oczopląsu wędrowały do szafy i tyle. Ale z zabawkami to już tak łatwo nie jest, bo jak dziecko dostanie, to niestety pamięta i do szafy tak łatwo schować nie da.
Na tej zasadzie zebraliśmy dwa kosze plastikowego badziewia, cztery jeździki, krowę do skakania i całe mnóstwo klocków. Oraz małego TIRa pluszaków.
I słowo daję - ja sama nie kupiłam NICZEGO z tych rzeczy. Nie dlatego, że jestem wyrodną matką (chociaż oczywiście jestem), ale dlatego, że bardzo mało jest ładnych, szarych, zabawek, a jak już są, to kosztują tyle, co buty od Gucci, więc wiadomo że rozsądniej jest kupić buty, z których matka się ucieszy, niż zabawkę, która po 5 minutach od rozpakowania wyląduje na zabawkowym śmietnisku, na tej hałdzie plastikowego dziadostwa.
Tak.
Bo tak mnie właśnie naszło dzisiaj podczas kąpieli małego. Jak próbowałam do wanny pełnej zabawek wlać trochę wody i się nie mieściła ;) Naszło mnie, że zdecydowanie za rzadko powtarzałam swojej rodzinie i przyjaciołom jak bardzo ich cenię i żeby do kurwy nędzy nie przynosili mi do domu tego pieprzonego plastiku!
Przepraszam, uniosłam się, ale to wszystko przez to, że dzisiaj po raz pierwszy Brunosław raczył był się zesrać do wanny wypełnionej tymi wszystkimi kubeczkami, kaczkami, żółwikami, pingwinkami i rybkami.
I tak to tu zostawię, niech Wam się śni po nocach. Dobranoc.
środa, 14 stycznia 2015
choru choru
należę do osób bardzo rzadko chorujących. na ten przykład - w mojej ostatniej pracy nie wzięłam ani jednego dnia zwolnienia chorobowego.
no.
ale odkąd Brunosław chadza do żłoba, choruję regularnie.
bo se można być odpornym, myć ręce, jeść czosnek i generalnie nie użalać się zanadto nad sobą, ale żłobkowe wirusy są ponad to.
no i właśnie dzisiaj jestem chora. czuję się, jak pożarta i wypluta przez owczarka alzackiego i to takiego z problemami gastrycznymi i próchnicą.
jezzzzzuuuu... niech mnie ktoś dobije, po co mam się tak męczyć?!?
generalnie chorowanie jest przesrane, albo przekichane. w zależności, czy złapiesz żołądkówkę, czy regularną grypę.
bo se można być odpornym, myć ręce, jeść czosnek i generalnie nie użalać się zanadto nad sobą, ale żłobkowe wirusy są ponad to.
no i właśnie dzisiaj jestem chora. czuję się, jak pożarta i wypluta przez owczarka alzackiego i to takiego z problemami gastrycznymi i próchnicą.
jezzzzzuuuu... niech mnie ktoś dobije, po co mam się tak męczyć?!?
generalnie chorowanie jest przesrane, albo przekichane. w zależności, czy złapiesz żołądkówkę, czy regularną grypę.
ale jak się choruje z niemowlakiem w domu, to nagle wszystkie dolegliwości przeskakują na nowy poziom. już chyba gdzieś pisałam o kacu i dziecku, że to zabójczy duet. tak. tylko, że kac po kilku godzinach przechodzi. grypsko tak łatwo nie da się przepędzić... :(
ale jak się jest matką, to nie ma taryfy ulgowej. zapakowałam nafervexowaną jolkę do czołgu (opony zmienione, co chyba było błędem, gdyż znów jest +12), pojechałam odebrać ze żłoba dzieciątko. w tak zwanym między czasie przypomniało mi się, że gdy jako dziecko jeździłam z rodzicami po świecie, to przy wjeździe do Rumunii były takie baseny z chlorem, czy innym płynem dezynfekującym. trzeba było przez nie przejechać celem pozbycia się bakterii i wirusów z samochodu... :-))) to było przezabawne, bo prawdziwy syf i malaria zaczynały się właśnie po rumuńskiej stronie granicy.
ale jak się jest matką, to nie ma taryfy ulgowej. zapakowałam nafervexowaną jolkę do czołgu (opony zmienione, co chyba było błędem, gdyż znów jest +12), pojechałam odebrać ze żłoba dzieciątko. w tak zwanym między czasie przypomniało mi się, że gdy jako dziecko jeździłam z rodzicami po świecie, to przy wjeździe do Rumunii były takie baseny z chlorem, czy innym płynem dezynfekującym. trzeba było przez nie przejechać celem pozbycia się bakterii i wirusów z samochodu... :-))) to było przezabawne, bo prawdziwy syf i malaria zaczynały się właśnie po rumuńskiej stronie granicy.
czyż to nie byłoby genialne rozwiązanie dla żłobków, szkół i szpitali? przy czym w żłobkach przydałoby się odkażanie nie tylko kopyt... ;-)
a wracając - mimo, że ledwo chodzę, czołgiem udało mi się jakoś dotoczyć pod żłobek i odebrać mego słodkiego nosiciela wrednych żłobkowych wirusów i bakterii. a tam kolejny gwóźdź do jolkowej trumny. bo gdyż dzień babci, przedstawienie, zaproszenia, widownia...
mówię, że nic z tego, że ani babcia z warszawy, ani ta z holandii na 13.30 w piątek raczej nie dotrą. ale panie żłobkowe przyzwyczajone do radzenia sobie z każdą najdziwniejszą sytuacją były nieugięte - ktoś przyjść musi w charakterze babci, bo dziecku będzie przykro, może na przykład pani, do zobaczenia!
i tak o.
wystąpię w nieznanej mi dotąd roli babci. będę kopią własnej matki pod jej nieobecność.
takie rzeczy tylko na śląsku!
sobota, 10 stycznia 2015
Książki uczą
Oglądamy z dzieciakiem książeczki przed snem. Tym razem papa odpytuje Brunona:
- A gdzie jest kotek?
Młody wskazuje.
- Tutaj, dobrze! A gdzie jest pan w okularach?
Młody wskazuje.
- Tutaj, dobrze! A gdzie jest pan Murzyn?
Młody wskazuje na mnie i krzyczy radośnie 'Mama!'...
Tak. To chyba w tym roku zakończę swoją przygodę z opalaniem i słowo daję, że pozbędę się solarium. Będzie więcej miejsca w salonie... ;-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

